Koinonia Jan Chrzciciel

Początki naszej Oazy

  • 1999 – Powstanie Domu Studiów w Świdniku.
  • 2002 – Przeprowadzka do gospodarstwa w Nowym Radzicu.
  • 2007 – Oficjalne przekształcenie Domu Studiów w Oazę Nowy Radzic.
  • 2012 – Powstanie Oazy Błotnica z udziałem braci i siostry z Nowego Radzica.

 

Droga do Oazy

Iwona Sułek, Pasterz Oazy w Nowym Radzicu i Krajowy Koordynator Koinonii Jan Chrzciciel w Polsce, opowiada o tym, jak rodziła się w naszym kraju Wspólnota Wewnętrzna i jak kształtowała się dzisiejsza Oaza w Nowym Radzicu.

Rozmawiał: Robert Hetzyg

Tekst pochodzi z czasopisma „KeKaKo – Kerigma Karisma Koinonia” nr 10 z r. 2010.

Robert Hetzyg: Co wiedziałaś o Koinonii w Polsce, kiedy pasterze powiedzieli Ci, że masz tu przyjechać, żeby stworzyć pierwszy dom Wspólnoty Wewnętrznej albo, jak wtedy się go nazywało, Dom Studiów?

Iwona Sułek: Wiedziałam, że jest Wspólnota Zewnętrzna i że jakoś się organizuje, że istnieją pierwsze struktury, Domy Modlitwy, Wspólnoty Rodzinne i że są Koinonie, chociaż nie miałam zupełnie świadomości, jak to wszystko wygląda. Wydawało mi się, że to nie do końca są te Koinonie, które znałam z Włoch. Tyle wiedziałam. Wiedziałam też, że protagonistami Koinonii w Polsce są zewnętrzni. Było to novum, bo we Włoszech to Wspólnoty Wewnętrzne miały inicjatywę i prowadziły całą Koinonię.

Robert: Kiedy się zaczyna coś nowego, zwykle układa się jakieś plany. Jaki Ty miałaś plan, kiedy jechałaś do Polski?

Iwona: Nie miałam żadnego planu. Moje przygotowanie do wyjazdu ograniczyło się do czterdziestu ośmiu godzin z Sandro. Nie było wtedy mowy o tym, że ja miałabym przejąć jakąś odpowiedzialność za struktury koinonijne w Polsce. Moja wiedza o tutejszej Koinonii była zresztą znikoma. Będąc we Włoszech nie miałam kontaktu z nikim ze Wspólnot w Polsce. Byłam taką „tabula rasa”. Moje doświadczenie w ogóle nie było zbyt duże, bo byłam wtedy we wspólnocie zaledwie od pięciu i pół roku. Pierwsze plany zaczęły się krystalizować w czasie podróży do Polski. Przyjechałam razem z Andrzejem Wójtowiczem i Zenkiem Kuflem, którzy czekali na mnie te 48 godzin w Cogollo. W czasie podróży Andrzej i Zenek zasypali mnie lawiną różnych opowieści i świadectw. I nagle w tym samochodzie zaczęłam odczuwać fascynację tym, co się miało wydarzyć. To, co usłyszałam o Koinonii w Polsce, przekroczyło moje wyobrażenia i otworzyło przede mną nowy świat.

Robert: Skoro byłaś, jak mówisz, „tabula rasa”, to może mogłabyś wskazać fakty, które sprawiły, że ta karta przestała być niezapisana i zaczęła napełniać się treścią?

Iwona: Po pierwsze, wspomniana już podróż z Andrzejem i Zenkiem. Po drugie, doświadczenie odpowiedzialności za Wspólnotę Wewnętrzną i to wspólnotę, która dopiero się rodziła, a ja miałam jej nadać konkretny kształt. Kontekstem dla niej była już istniejąca Wspólnota Zewnętrzna. To również było coś nowego, bo we Włoszech wspólnota rodziła się w odwrotnej kolejności. Ten początek, organizowanie, poznawanie się z braćmi, były chyba najważniejszym doświadczeniem w mojej nowej posłudze. Nie znałam większości obecnych wtedy w domu w Świdniku. Od początku czułam się tu przyjęta. Tego przyjęcia doświadczyłam też w ogóle w Koinonii w Polsce i to jest kolejna faza zapisywania tej karty, jak to umownie nazywam. Najwcześniej i najbardziej przyjęła nas Wspólnota lubelska, która była nam najbliższa, a potem także cały region. Z czasem poznawaliśmy się coraz bardziej także z odpowiedzialnymi Koinonii z całego kraju. Po jedenastu latach mogę powiedzieć, że np. z Radą Krajową, a szczególnie z trzema najważniejszymi koordynatorami i ich rodzinami, zbudowaliśmy przyjaźń. Ona się rozwijała przez lata i zaowocowała poczuciem, że służymy temu samemu dziełu i mamy jedną wizję i te same pragnienia, co do Koinonii w Polsce. Oni są dla mnie dużym świadectwem, bo mając rodziny i pracę, tak wiele czasu poświęcają wspólnocie.

Robert: Kiedy przyjechałaś do Polski, istniały już trzy Regiony. Czy mogłabyś powiedzieć, w jaki sposób kształtowała się rola domu Wspólnoty Wewnętrznej i jego znaczenie dla Regionu Tarnobrzesko-Lubelskiego?

Iwona: Na początku jedynym punktem odniesienia dla mnie były moje doświadczenia z Camparmò, Recanati i Rzymu. Te doświadczenia były raczej „oazocentryczne”. W Polsce zobaczyłam inną Koinonię i stanęło przede mną wyzwanie odnalezienia się w tej nowej koncepcji. Odkrywanie naszej roli opierało się przede wszystkim na naszym byciu razem, które nam, wewnętrznym, zasadniczo by wystarczało. Ale wiadomo, że nasza misja w Polsce nie ma się do tego ograniczać. W tym trudnym dla nas momencie, kiedy nie wiadomo było za bardzo, kim my mamy być, to właśnie nasze bycie razem było dla nas siłą. Tym, co mnie natomiast bardzo poruszyło, była otwartość Wspólnot Zewnętrznych, a szczególnie otwartość ich koordynatorów. To oni przygotowali grunt na przyjęcie ziarna, jakim była wspólnota braci i sióstr konsekrowanych. Szczególna w tym rola Koordynatorów Regionalnych Andrzeja i Beaty Wójtowiczów, a także Romana i Iwony Szymczaków, ówczesnych Koordynatorów Wspólnoty w Lublinie. Ich zrozumienie tego, czym ma być Oaza i kim są wewnętrzni bardzo pomogło w dookreśleniu naszego miejsca, a zwłaszcza naszej roli w Regionie. I ten proces również trwał przez lata. Ja co roku pytałam pasterzy na naszych spotkaniach, kim my mamy być i jak ma wyglądać nasze bycie w Polsce. W 2005 roku Artur został ogłoszony Pasterzem a w 2007 roku staliśmy się formalnie Oazą. Duża w tym wszystkim zasługa Wspólnoty Zewnętrznej, która będąc w tym czasie przy nas, jako młodej Wspólnocie Wewnętrznej, pokazała nam nasze miejsce. Myśmy go nie wymusili. Wspólnie dojrzeliśmy do tego, jakie miejsce mamy zajmować. Dzisiaj wcale nie jest tak, że to my gramy pierwsze skrzypce w tej Oazie. Jest to dla mnie bardzo cenne doświadczenie, bo udało nam się nawiązać realną współpracę, która jest oparta na głębokiej i wypróbowanej przyjaźni.

Robert: A co trzeba zrobić, żeby zrodziła się taka przyjaźń pomiędzy wspólnotą konsekrowanych, żyjących w Oazie, a mającymi swoje zobowiązania rodzinne i zawodowe braćmi i siostrami zewnętrznymi, dla których – co tu dużo mówić – taka wspólnota jak nasza tutaj, jest przecież obciążeniem, zwłaszcza ekonomicznym?

Iwona: Ta przyjaźń zrodziła się z tego, że wszyscy patrzyliśmy w tym samym kierunku. Mieliśmy to samo pragnienie, aby głosić Jezusa i by zaszczepić w Polsce wspólnotę, której początek dał o. Ricardo. Dalej – wspólna wytrwałość w różnych trudnych sytuacjach, jakie po drodze się zdarzały. Poświęciliśmy wiele czasu na rozmowy, kiedy dzieliliśmy się tym, czym dla jednych i drugich jest Koinonia, odkrywając to, co w tym naszym rozumieniu jest wspólne. W międzyczasie dojrzewało w nas wzajemne zaufanie, które pozwoliło nam przetrwać ewentualne napięcia i nieporozumienia, jakie musiały się po drodze przydarzyć. Nie było tych napięć jakoś bardzo wiele, bo ciągle rozmawialiśmy i szukaliśmy rozwiązań dla pojawiających się trudności. Dla wszystkich ważne było, aby wspólnie trwać. Oznaczało to również zgodę na to, aby nie stawiać za wszelką cenę na swoim, ale raczej wspólnie dochodzić do porozumienia. Ta nasza przyjaźń opiera się więc również na wzajemnym szacunku.

Robert: Kiedy patrzysz na te prawie trzy lata, od kiedy można mówić o istnieniu Oazy w Nowym Radzicu, to czy Twoim zdaniem daje się zauważyć jakieś zmiany w Koinonii tego regionu, czy nie? A jeśli tak, jaką rolę w tych przemianach odegrała Oaza?

Iwona: Rozmawiając w gronie Rady Krajowej, doszliśmy do wniosku, że ten proces kształtowania się Oazy w Nowym Radzicu i wchodzenia Wspólnoty Wewnętrznej w życie już istniejących struktur Koinonii w Polsce stał się pewnym wzorcem tego, jak to powinno się odbywać. Wspólnota konsekrowanych nie może spaść z nieba i zabierać się do rządzenia i wprowadzania nowych porządków. Usłyszałam od Koordynatorów Regionalnych, że cenią sobie fakt, że my przez wiele lat byliśmy ze sobą i współdziałaliśmy aż do chwili, kiedy wspólnie z Koordynatorami naszego Regionu zdecydowaliśmy, że chcemy przesunąć środek ciężkości naszego Regionu bliżej Oazy. Oznaczało to – i w tym widzę pewną zmianę – że Koordynatorzy jeszcze bardziej oparli się na Oazie i uczynili z niej swój bezpośredni punkt odniesienia. I znów – dla jednych ma to większe znaczenie, dla innych nieco mniejsze, ale w tym kierunku zmierzamy.

Robert: A te różnice to kwestia odległości od Oazy, mierzonej w kilometrach czy innego rodzaju dystansu?

Iwona: Myślę, że nie chodzi tylko o kilometry. To przede wszystkim kwestia mentalności i przełamania pewnych utrwalonych stereotypów. W zależności od tego jak do tej pory wyglądało życie określonej Wspólnoty, ten proces przebiega z mniejszą lub większą łatwością. Dla mnie jest to bardzo budujące, bo pokazuje, w jaki sposób nasi Koordynatorzy zmienili swój sposób myślenia i działania. Jeszcze ciągle się zdarza, że ktoś przychodzi z przeprosinami, że podjął samodzielnie jakąś decyzję – samodzielnie, czyli zbyt szybko, bez porozumienia. To również jest symptom przemiany – fakt, że konsultujemy ze sobą decyzje. Bogactwo Oazy, w której jesteśmy razem, przekłada się stopniowo na wszystkie wymiary naszego życia wspólnotowego i prowadzi do zrozumienia, że nie chodzi o autonomię, ale o działanie wspólne, bo jesteśmy jednym organizmem. Jest to proces, który ciągle trwa. Ale zarówno wspólnota mieszkająca w Oazie, jak i bracia i siostry zewnętrzni, wszyscy czujemy, że należymy nawzajem do siebie. Z naszej strony nie jest to jedynie zależność ekonomiczna, ale przede wszystkim pragnienie bycia razem, zgodnie z tym, o czym marzył Ricardo. Lilie i drzewa, które potrzebują siebie nawzajem.

Robert: Największa trudność w tym czasie dojrzewania do bycia Oazą?

Iwona: Dla mnie najtrudniejsza była kwestia nawiązania więzi i odnalezienia się w tych relacjach i odkrycia, w jaki sposób ja i my – Wspólnota Wewnętrzna – mamy się odnieść do Wspólnoty Zewnętrznej. Bo to oni nam przygotowali mieszkanie. To oni zaopiekowali się nami od początku. z drugiej strony nie byłoby dobrze, żeby „to dziecko” zostało z miłości uduszone. Chodzi o pewną niezbędną do życia przestrzeń. Było to przede wszystkim wyzwanie dla nas, żebyśmy potrafili właściwie się w tym odnaleźć, a nie jakaś trudność pomiędzy nami a tymi, którzy nas przyjęli. Zdałam sobie sprawę, że dość szybko nawiązaliśmy relacje na płaszczyźnie codziennych spraw. Były jednak i takie kwestie, które potrzebowały cierpliwego dialogu i konfrontacji naszych oczekiwań i pragnień. Na przykład sposób przeżywania Wigilii. Na początku spędzaliśmy ją wspólnie. Wiadomo, że w Polsce Wigilia jest momentem bardzo rodzinnym. Ja sama nie wiedziałam czy to dobrze, czy źle, że spędzamy ją wspólnie z niektórymi rodzinami. Po kilku latach została podjęta decyzja, że jednak nie będziemy więcej razem na wieczerzy. Ta zmiana była źródłem pewnej trudności, bo zabolała tych, którzy bywali z nami na Wigilii. Tak więc życie Wspólnoty Wewnętrznej nie mogło toczyć się jedynie według tego, co my sami uważamy, ale potrzeba było delikatności i szacunku dla braci i sióstr, którzy nas przyjęli i robili wszystko, żeby nam niczego nie brakowało. Uczyliśmy się siebie nawzajem. To chyba zajęło mi najwięcej czasu. Były też osoby i pewnie może jeszcze jakieś są, które nie bardzo rozumiały ideę przeniesienia środka ciężkości Oazy w sensie Regionu do tego miejsca, jakim jest dom Oazy w Nowym Radzicu. Sami Koordynatorzy przychodzą tu w sukurs i pomagają swoim Wspólnotom zrozumieć sens tego, że centrum ma stanowić dom Oazy i dlaczego spotkanie w Nowym Radzicu nie jest tym samym, co podobne spotkanie w Białymstoku, Warszawie czy jeszcze gdzie indziej.

Robert: Jesteśmy Oazą, czyli Koinonią w swojej najwłaściwszej postaci. Czy to jest szczyt tego, czego się mamy spodziewać czy myślisz, że to czym jesteśmy, będzie jeszcze jakoś ewoluować?

Iwona: Alvaro często powtarza, że celem i sensem naszej wspólnoty jest powstawanie nowych Oaz. Czyli, że wszystkie nasze działania ewangelizacyjne mają zmierzać do powstawania wspólnot życia. My jesteśmy pierwszą Oazą w Polsce. Sam fakt, że u nas toczy się budowa wskazuje na to, że jesteśmy w drodze. Dla mnie to co już jest, stanowi tylko przedsionek tego, co jeszcze tu zrobimy, nie mówiąc o tym, co jest do zrobienia w całej Polsce. Wspólnota dzisiaj nie ma możliwości posłania pasterzy z dwojgiem czy trojgiem braci i sióstr do wszystkich Regionów, dlatego mówi się o powstawaniu centrów ewangelizacji. Ale celem, do którego zmierzamy, jest powstanie nowych Oaz w Polsce. Myśleliśmy również o powstaniu czegoś w rodzaju siedziby Koinonii w Polsce. Odczuwamy również potrzebę zorganizowania pionu formacyjnego. Dzisiaj nie każdy z tysiąca członków polskiej Koinonii ma możliwość wzięcia udziału w formacji stacjonarnej, która odbywa się za granicą, np. w Czechach. Taki projekt musiałby powstać w oparciu o Oazę, tym bardziej, że taką posługą zajmują się zazwyczaj bracia i siostry ze Wspólnoty Wewnętrznej. Oaza nie jest więc tylko domem rozumianym jako klauzura, biblioteka i refektarz, ale jest to żywy organizm, który ciągle się rozwija. Ja dzisiaj nie mam pełnej wizji tego, do czego mamy dojść. Marzy mi się powstanie miejsca dla mózgu naszej wspólnoty w Polsce. Siedziba federacji ma inny zakres zadań, niż to, co należałoby do siedziby wspólnoty w Polsce, która również potrzebuje się jakoś organizować. Jest również przed nami organizacja formacji uczniostwa dla braci i sióstr wstępujących do Wspólnoty Wewnętrznej, znanej pod włoską nazwą „discepolato”. Dotychczas istnieje tylko jedno miejsce dla całej Koinonii, gdzie taka formacja się odbywa i są to Prusiny w Czechach. Tymczasem nasza wspólnota się rozrasta i staje przed coraz to nowymi wyzwaniami, również formacyjnymi. Kolejna dziedzina rozwoju naszej Oazy to nasze relacje z Kościołem lokalnym. I pewnie właśnie ten aspekt będzie warunkował i inne wymiary naszego rozwoju jako Oazy. Jeśli Oaza jest miejscem życia i spotkania, to nie możemy się zamknąć w sobie, jako coś już określonego i zorganizowanego, ale ciągle stajemy przed nowymi wyzwaniami i zadaniami i ciągle trzeba podejmować nowe decyzje.

Robert: Bo przecież istnieje jeszcze projekt „Wólka Nowa”?

Iwona: Tak, to ciągle jest sprawa otwarta. Jest to ziemia, którą przyjęliśmy jako Ziemię Obiecaną i nie rezygnujemy z jej zagospodarowania. Dzięki radościom i nadziejom związanym z Wólką my dzisiaj jesteśmy w Radzicu. Na dziś nic się tam nie dzieje, ale to jest ważne miejsce dla nas i nikt z nas nie jest gotów dziś tej ziemi sprzedać. Myślę, że Pan pokaże nam przez różne okoliczności, jakie następne kroki mamy postawić w kierunku wypełnienia tej wizji. Czasem sytuacja rozwija się w sposób trudny do przewidzenia. Kiedy już mieliśmy rozpocząć budowę w Wólce, nagle okazało się, że zamieszkamy w Radzicu i to tutaj zbudowaliśmy dom. Wszystko to wpisuje się jakoś w plany Pana, który nas prowadzi.

Robert: Dziękuję Ci za rozmowę.