Koinonia Jan Chrzciciel

Rosja – kronika wydarzeń

Zdjęcie z koncertu w Czerepowcu. Zespół na scenie.

Jeszcze sami w to nie wierzymy, bo z początku wydawało się, że to ze wszech miar fantastyczny projekt. W sensie, że raczej „fiction” niż „science”.

A było to tak:

W Białymstoku ktoś zapytał nas, czy nie pojechalibyśmy zaśpiewać kolęd dla rosyjskiej polonii. Zaprzyjaźniony werbista poszukuje osób, które przy tej okazji chciałyby podjąć ewangelizację.

Tymczasem my, załoga radzicka, właśnie w tym roku odkryliśmy, że kolędy są świetną okazją do głoszenia Jezusa. Mając więc już doświadczenie pierwszych takich koncertów, zaczęliśmy zastanawiać się, czy przypadkiem Pan nie zaprasza nas do nowej misji. Tym bardziej, że w Rosji nasza wspólnota stopy jeszcze nie postawiła.

Nawiązaliśmy więc kontakt z o. Krzysztofem Grzybkiem SVD i spróbowaliśmy się zorientować, w czym rzecz. Okazało się, że mamy dość zbieżne wizje i podobny sposób myślenia na temat ewentualnej współpracy.

Przygotowania ruszyły. O przygodach związanych z załatwianiem formalności wizowych można by długo opowiadać. Nasze wielkie podziękowania kierujemy do Gosi Sypnickiej, która z właściwą sobie skutecznością i wdziękiem przyczyniła się do szczęśliwego finału tych starań.

Skoro mamy już wizy, to teraz sprawa instrumentów: mieliśmy zabrać nasze własne, ale koszt zabrania pojedynczego instrumentu na pokład samolotu dorównywał prawie kosztowi biletu pasażerskiego. Co robić? – Na kłopoty tylko o. Grzybek! On wszystko załatwi!

I naprawdę załatwił.

Nam pozostało tylko zaopatrzyć się w ciepłe czapki i rękawiczki i… w drogę!

Wylot 18 grudnia; powrót 26 grudnia. Wniosek: święta spędzimy w Rosji.

Siedzimy na lotnisku i czekamy na o. Krzysztofa.


Pozdrowienia z Moskwy!

Z powodów logistycznych podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza, w składzie Dominika, Danka, Jacek i Robert, poleciała przez Rygę do Moskwy. Reszta towarzystwa dotrze lotem bezpośrednim. Niuans jest taki, że my przylecieliśmy na Domodiedowo, a Iwona z resztą składu przyleci na Szeremietiewo. Spotkamy się na dworcu kolejowym, skąd wyruszymy w ostatni etap podróży.
Air Baltic, przewoźnik, który wiózł nas przez Rygę, zaproponował nam malutkie kukuruźniki marki Bombardier Q400. Cóż, to niezupełnie to samo co dreamlinery. 😉
Urzędnicy imigracyjni w Moskwie uśmiechnięci i życzliwi. To pierwszy rosyjski obrazek, jaki zarejestrowaliśmy. Ruszamy dalej.

Witaj Wołogdo!

Dziś rano, tj. o 5:30 tutejszego czasu (o 2:30 czasu polskiego) dojechaliśmy pociągiem do Wołogdy. Jedenaście godzin z Moskwy to jednak wartość przesadzona. Pociąg jechał zaledwie osiem i pół godziny.
Wczoraj na lotnisku Domodiedowo odnalazł nas bez problemu o Krzysztof, czyli inicjator całego zamieszania. Okazało się, że taniej niż pociągiem i metrem będzie nam dojechać na dworzec… taksówką. No, może arytmetycznie nie zupełnie taniej, ale z pewnością wygodniej. O. Krzysztof zbił zresztą cenę do połowy. Pojechaliśmy busem, Volgswagenem Transporterem. Trasa liczyła 60 km. 🙂
Na Dworcu Jarosławskim, dobiła do nas nasza reszta: Iwona, Diletta, Chiara i Mateusz.
Mateusz dzielił się wrażeniami z podróży metrem. Przede wszystkim tutejsza architektura metra ma w sobie coś artystycznego, choć niestety owa sztuka utrwala przede wszystkim epokę u nas słusznie minioną, a tu – chyba jednak wciąż żywą. Symbole dawnego Związku Radzieckiego z sierpem i młotem oraz podobiznami Włodzimierza Ilicza na czele trzymają się tu świetnie.
Druga impresja z metra to poczucie frenetycznego pośpiechu, jaki w metrze warszawskim np. generuje co najwyżej nadjeżdżający pociąg. W Moskwie nie możesz się zatrzymać, bo pędząca, właśnie tak – pędząca – masa ludzi będzie cię popychać, a w skrajnych wypadkach kopniakami przynaglać do żwawszego marszu.
Ciekawostki z hali Dworca Jarosławskiego. Po pierwsze każdy wchodzący na dworzec (nie tylko Jarosławski) musi przejść przez bramkę bezpieczeństwa. Bagaże są skanowane.
Po drugie w hali dworcowej miejsca dla oczekujących ustawiono półkoliście, jak – nie przymierzając – w sali koncertowej. W centrum, w miejscu sceny, tylko odpowiednio wyżej, znajduje się rozkład jazdy. Ślicznie, nie? Aha, fortepian też tam stoi. Ciekawostka taka…
Tak więc jesteśmy już razem. Teraz tylko coś zjeść i pięć po dziewiątej wieczorem odjeżdżamy do Wołogdy.
Pociąg nowoczesny dość, choć wagony tzw. „obścije”, czyli bez przedziałów. Za to z miejscami do leżenia.
Na zdjęciu Robert i Krzysiek w pociągu.
W podróży łatwo spotkać współpasażerów chętnych do pogadania. Jest więc okazja przypomnieć sobie mowę Puszkina. No, ale w końcu trzeba iść spać, bo pobudka o drugiej naszego czasu.
O 5:30, czyli o wpół do trzeciej naszego czasu, pociąg punktualnie przyjechał na stację w Wołogdzie.
Dziś dzień aklimatyzacji, załatwiania formalności (to o. Krzysztof) i prób.
Fotka z sali w Wołogdzie, gdzie nazajutrz będziemy grali. roberta znacie, a razem z nim Freddie, Indonezyjczyk, - werbista, współpracownik o. Krzysztofa.

Wołogda – dzień II

Wczoraj odbyliśmy próbę nagłośnieniową w sali biblioteki w Wołogdzie. Nie wiem, jakie macie wyobrażenie o sali biblioteki, bo do moich wyobrażeń tutejsza sala w ogóle nie przystaje. To sala na ok. 150 osób, z eleganckimi krzesłami, parkietem, który onieśmiela i każe myśleć o zmianie obuwia.
W sali stoi nastrojony fortepian. Do naszej dyspozycji także nagłośnienie i akustyk. W tak dobrych warunkach jeszcze nie graliśmy. 🙂
Po próbie była msza w parafii. Kiedy mówimy o parafii, mamy na myśli mieszkanie, w którym mieści się kaplica i gdzie mieszkają na co dzień tutejsi księża: Krzysiek i Freddie. Mówią, że to „papciowa parafia”, bo wierni, wchodząc, zmieniają obuwie.
To właśnie kaplica parafii w Wołogdzie.
Dziś o osiemnastej – pierwszy koncert. Dzień upływa na próbach i na pracy nad scenariuszem i jego tłumaczeniem na rosyjski.
A czy pisałem już o instrumentach? Nie? Otóż z nimi były osobne przygody. W pierwszej wersji mieliśmy przywieźć nasze graty. Schody zaczęły się, kiedy chcieliśmy wykupić bilety na bagaż specjalny. Okazało się, że sztuka takiego bagażu kosztuje prawie tyle, co bilet pasażerski, a my tych sztuk mieliśmy mieć przynajmniej ze trzy. Do tego w Air Baltic nie można było zakupić osobno biletów na bagaż, a bilety w ogóle mieliśmy już wcześniej wykupione. Wszystko zaczęło się więc komplikować, ale w tym miejscu wchodzi na scenę o. Krzysztof. Mimo, że podobne wydarzenie organizował po raz pierwszy i nie bardzo się orientował w zagadnieniach muzycznych, był w stanie załatwić gitarę, bas i akordeon (sztuk dwie, bo jeden to rosyjski bajan, na którym, póki co, grać nie potrafię).
Instrumenty pochodzą z różnych źródeł: od znajomych, od zaprzyjaźnionych protestantów i z tutejszej szkoły muzycznej. Wszystkim tym osobom wielkie dzięki, choć pewnie nie będą miały okazji tego czytać. 🙂
Kiedy Wy będziecie czytać o próbach i o przygodach z instrumentami, my będziemy wychodzić na scenę. Liczymy na bożą obecność i na Jego skuteczne działanie w ludzkich sercach, bo my sami nie będziemy mieli wielkich możliwości przepowiadania. Występ publiczny rządzi się tu specjalnymi prawami: nie wolno „uprawiać propagandy”, czyli zachęcać kogokolwiek do przyjęcia jakiegokolwiek światopoglądu lub postawy. Po koncercie, indywidualnie, możemy rozmawiać z kim chcemy i o czym chcemy. Publicznie – ograniczenia są właśnie takie, jak napisałem.
Spodziewamy się przedstawicieli władz i prasy, więc pewnie jakieś echa naszego koncertu się pojawią.
Aha, jeszcze jedno: nie wiem, jak Diletta to robi, ale będąc Włoszką i znając tylko język polski, świetnie rozumie po rosyjsku. Właściwie wystarczyło pół dnia tutaj. Cuda cuda!!! 🙂

Wołogda – Dzień III

Właściwie tytuł powinien brzmieć „Jarosław”, bo my dzisiaj do Jarosławia się wybieramy. O 15:00 gramy tam koncert kolęd.
Najpierw jednak dwa słowa o wczorajszym wieczorze. Koncert zorganizowała polonia Wołogdy, ale przedstawicieli tejże polonii przybyło jak na lekarstwo. Dopisali za to ludzie zupełnie z Polską niezwiązani. I okazało się, że naszą tradycję i Ewangelię o Jezusie przyjęli bardzo życzliwie.
Trudno było jednak ukryć, że kolędy są im kulturowo obce. Wiecie sami, jak w Polsce przyjmuje się kolędy: wzruszenie, wspólny śpiew i te rzeczy… Tutaj w ten sposób reagowali tylko niektórzy.
Dla Waszej informacji: Wołogda to miasto 300-tysięczne. Jest tu jedna, malutka parafia katolicka, ta „papciowa”, o czym pisałem wcześniej. Najbliższa parafia katolicka – w Jarosławiu właśnie (600000 mieszkańców), 185 kilometrów stąd. I taki to Kościół. Rejon, w którym się znajdujemy, należy do Archidiecezji Moskiewskiej. W Rosji istnieją wszystkiego cztery diecezje, z czego jedna, irkucka, rozciąga się na powierzchni 10 mln km2 czyli na powierzchni równej całej Europie. To największa diecezja Kościoła Katolickiego.
Jest 14:50. Za chwilę wychodzimy na scenę w Jarosławiu. Przyjechaliśmy tu bardzo współczesnym i wygodnym autobusem, który wołogocka polonia zorganizowała specjalnie w tym celu. Sala dość kameralna, choć dobrze wyposażona.
Wspólne zdjęcie z niektórymi uczestnikami koncertu w Jarosławiu.
Koncert trwał ok. godziny, a przyjęcie tutaj było znacznie cieplejsze i momentami entuzjastyczne. Na niektórych twarzach zauważyliśmy już nie tylko uśmiech, ale prawdziwe łzy wzruszenia.
20:30 Już z powrotem w Wołogdzie. Po drodze o. Krzysztof dzielił się swoimi rozmowami z kierownictwem biblioteki, w której występowaliśmy. To, co zrobiło na nich największe wrażenie, to był fakt, że ich zdaniem każdy z biorących udział w koncercie, katolik, prawosławny, a nawet niewierzący, mógł się poczuć przyjęty i na swoim miejscu. To chyba jeden z największych komplementów, jakie mogliśmy usłyszeć. Byli także Polacy, mieszkający w Jarosławiu. No i była grupa osób, które po wczorajszym koncercie w Wołogdzie, zapragnęły posłuchać polskich kolęd raz jeszcze. A między nimi Rosjanka, która z sympatii do Polski i do Polaków, uczy się naszego języka.
A jeśli dziwi Was, że mało w tych naszych relacjach opowiadań o głoszeniu, o świadectwie i o cudach i znakach, to niniejszym przekazuję świadectwo o. Krzysztofa, który opowiadał, że nieznane mu bliżej uczestniczki naszych koncertów, te właśnie, które pojechały z nami do Jarosławia, zaczęły dopytywać się o parafię i o możliwość uczestniczenia w życiu religijnym. Dla Krzyśka to bardzo duże świadectwo. Wydaje się, że musimy przedefiniować w tutejszych warunkach nasze wyobrażenia o ewangelizacji. Jak to nam często powtarza o. Krzysztof, trzeba najpierw zdobyć serca tutejszych ludzi. No, więc się staramy zdobywać. 🙂

Wołogda – dzień IV (niedziela).

Dziś nie było koncertów. Była za to msza w parafii i zwiedzanie miasta z Krzysztofem i Freddiem.
Po drodze spotkaliśmy bałwanka.
Odwiedziliśmy kilka cerkwi. Byliśmy również pod krzyżem upamiętniającym cerkiew zburzoną przez komunistów. Właściwie zburzyli ją pijani radzieccy czołgiści. Przyjechali czołgiem i prawie już zaczęli strzelać, kiedy interweniowali milicjanci. Wywiązała się walka wręcz. Ostatecznie czołgiści, zamiast strzelać, wjechali czołgiem w cerkiew i zupełnie ją zrujnowali. Poznaliśmy naocznego świadka tych wydarzeń. Wszystko działo się jakoś w latach sześćdziesiątych albo siedemdziesiątych.
A to ten krzyż właśnie.
W Wołogdzie istnieje 47 cerkwi, z czego 17 czynnych. Stoją często bardzo blisko siebie. Pierwsza, do której weszliśmy, to była cerkiew pw. Jana Chrzciciela z mnóstwem fresków poświęconych jego życiu. O freskach tych opowiedziała nam szczegółowo Tamara, przypuszczalnie wolontariuszka lub ktoś zatrudniony w cerkwi. Muszę powiedzieć, że we wszystkich świątyniach prawosławnych, do których wchodziliśmy, przyjmowano nas bardzo życzliwie i chętnie opowiadano o znajdujących się w nich ikonach. Okazało się przy okazji, że sam o. Krzysztof może się pochwalić sporą wiedzą na temat ikonografii i teologii prawosławnej.
Poza świętymi miejscami zapoznaliśmy się z kilkoma tutejszymi zabobonami, byliśmy nad rzeką, gdzie z jednej strony uroczyście obchodzi się prawosławne święto Chrztu Pańskiego (nawet 30-stopniowym mrozie nie brakuje chętnych, aby się zanurzyć w przeręblu, przy czym jako pierwszego wrzuca się do wody księdza, żeby uświęcił rzekę). Z drugiej strony w tej samej rzece na wiosnę pali się wielkie kukły Marzanny i jest to zwyczaj, który gromadzi wielu widzów.
Pomnik literki O.
Jest jeszcze jedna ciekawostka wołogocka: tutejsza gwara charakteryzuje się tym, że literę „o” wymawia się zawsze tak, jak się pisze. Normalnie w języku rosyjskim „o” nieakcentowane wymawia się jak „a”, a czasem nawet jak „e”. Tu jest inaczej i postanowiono uczcić ten fakt pomnikiem.

Wołogda – dzień V i VI

W poniedziałek dzień upłynął bez większych wydarzeń. Było trochę prac różnych – pranie i sprzątanie w miejscu, gdzie mieszkamy. Wieczorem msza w parafii.
Pamiątkowe zdjęcie w hallu domu kultury w Czerepowcu (zbudowano go w złotej erze socrealizmu, a mianowicie w 1957 r.).
We wtorek, czyli w Wigilię, pojechaliśmy natomiast z koncertem do Czerepowca (ok. 130 km od Wołogdy). Było to miejsce, gdzie nasz występ był dość poważnie obwarowany różnymi państwowymi wskazówkami, a zwłaszcza zakazami. Stróżem byli tu przedstawiciele Urzędu Miasta. Gospodynią – szefowa domu kultury, w którym występowaliśmy. Wśród widzów – prócz tych, którzy przyszli w związku z reklamami i plakatami, także uczniowie X klasy jednej z Czerepowieckich szkół. Bardzo fajna młodzież, słuchająca i otwarta.
Profesjonalna scena, akustyk i porządny sprzęt nagłaśniający. Przede wszystkim jednak bardzo spontaniczne reakcje publiczności. Jak na tutejsze warunki widzów było sporo, bo ok. 70 osób. Weźcie pod uwagę, że Czerepowiec to miejscowość bez chrześcijańskiej tradycji. Działają tu dwie cerkwie prawosławne (przypomnę, że w Wołogdzie istnieje ich 47, a czynnych jest 17). Katolików (nie wszyscy jeszcze ochrzczeni) jest w Czerepowcu siedmioro. O. Krzysztof, jako ich proboszcz, przyjeżdża tu co tydzień, w sobotę ze mszą.
Szefowa domu kultury.
Pani dyrektor domu kultury, podobnie, jak władze bibliotek w Wołogdzie i Jarosławiu, już nas zaprosiła na następne spotkania. Byli także Polacy, czy raczej Rosjanie polskiego pochodzenia, którzy kolędy usłyszeli po raz pierwszy od lat dzieciństwa. Łatwo zrozumieć ich wzruszenie.
Po powrocie do Wołogdy w parafii zastajemy sporą ekipę, krzątającą się wokół przygotowań do Pasterki. Trzeba było przyozdobić mieszkanie, przygotować poczęstunek, na który złożyły się dary przyniesione przez parafian, a także dopiąć kwestię spektaklu, który pokazano przed Pasterką. Jeden z pokoi pełni na przemian funkcję prasowalni i konfesjonału.
Na mszy zebrało się około czterdziestu osób. Śpiewamy kolędy po rosyjsku i po polsku. Proboszcz mówi w kazaniu o tym, jak przyjście Jezusa odmienia ludzkie życie. W życzeniach na koniec Pasterki zachęca wszystkich, żeby uczynili swoim bliskim prawdziwe Święta Bożego Narodzenia, okazując im miłość w konkretnych gestach. Po komunii razem z o Krzysztofem animujemy uwielbienie – prawdziwe, radosne, z gestami i oklaskami. Śpiewamy oczywiście kolędy.
Przed błogosławieństwem, prócz życzeń, prezenty dla najmłodszych a także nasze dary dla parafii (paschał) i dla parafian (drobne gadżety chrześcijańskie: różańce breloczki itd. itp.).
Po wszystkim, po raz pierwszy w Wołogdzie, następuje dzielenie się opłatkiem, który przywieźliśmy z Polski. A potem kolacja.
Tak wyglądał stół z wigilijną kolacją.
Nie ma to wiele wspólnego z wieczerzą wigilijną, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Prócz kanapek (królują wędliny i łosoś), zapiekanki z grzybami i rybą oraz mnóstwo rozmaitych słodyczy.
Na Pasterkę przyszedł również pastor lokalnej wspólnoty zielonoświątkowej, zaprzyjaźniony z o. Krzysztofem. Widać, że się lubią i szanują.
Po 22:00 trzeba było się rozchodzić, bo autobusy kursują tu regularnie tylko do 23:00.

Wołogda dzień VII i VIII

Dzień VII czyli środa to pierwszy dzień Świąt. I co z tego, skoro tutaj wszyscy normalnie pracują? Była, owszem, msza w parafii, w której wzięliśmy udział. A poza tym był to dzień ogólnego pakowania i sprzątania naszego wołogockiego domu.
A wieczorem – w drogę.
Dzień VIII – środa – w Moskwie.
Do stolicy Rosji dojechaliśmy przed piątą rano. O 5:30 zaczynało kursować metro, które dowiozło nas do klasztoru werbistów, gdzie ugościł nas tamtejszy proboszcz. Ok. wpół do jedenastej wyruszyliśmy do centrum na zwiedzanie. Wszędzie w Moskwie towarzyszyły nam symbole radzieckiej potęgi. Za to komunikacja (przynajmniej metro) działa tam świetnie.
Już wiedzieliśmy, że Kreml w czwartki nie przyjmuje zwiedzających. Po dotarciu do centrum czekało nas jednak jeszcze jedno rozczarowanie: tego dnia na Placu Czerwonym odbywała się „miejska choinka” dla dzieci. W związku z tym na Plac Czerwony nie było wstępu aż do godziny 17:00. Tak długo nie mogliśmy, niestety, czekać. O. Krzysztof zorganizował nam dwoje przewodników, którzy mimo wszystko sporo nam opowiedzieli o historii i zabytkach Kremla. Zrobiliśmy trochę zdjęć, ale sporo z nich nie wyszło, a to, co wyszło, pochodzi z telefonów komórkowych. Do tego rozładowała się bateria w kamerze…
W tle widać barierki uniemożliwiające wejście na Plac Czerwony a także cerkiew Wasyla Błogosławionego.
Ciekawostka, którą widzieliśmy w GUM-ie (Gławnyj Uniwiersalnyj Magazin – na zdjęciu poniżej), a której nie byliśmy wówczas świadomi, to Porsche 911 stojące na wewnątrzsklepowej ekspozycji. Okazuje się, że to jego specjalna wersja „GUM Red Square Edition” przygotowana na wspólną rocznicę: 50-lecie modelu i 120-lecie istnienia GUM-u. Robert nawet sobie dotknął autka, choć ochroniarzom zupełnie się to nie podobało…
Sam fakt chodzenia po Moskwie i patrzenia na to, o czym dotąd co najwyżej się czytało lub na co patrzyło się oczyma dziennikarzy i filmowców, był dla nas sporym przeżyciem. Przede wszystkim mieliśmy jednak poczucie profetycznego wymiaru tego faktu. Jesteśmy wdzięczni Panu i wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do naszego wyjazdu. To był pierwszy krok Koinonii Jan Chrzciciel w Rosji, a wierzymy, że nie był też ostatnim.
Rosja jest wyzwaniem i wezwaniem – to pewne. Ciekawi jesteśmy, jakie miejsce Pan przeznaczył w tym wszystkim naszej wspólnocie.
Z pewnością jednym z najważniejszych czynników składających się na powodzenie naszego pobytu w tym kraju był o. Krzysztof, z którym spontanicznie i natychmiast się zaprzyjaźniliśmy i z którym współpraca ułożyła się zupełnie niesamowicie. Choć różniliśmy się doświadczeniami ewangelizacyjnymi, to jednak łączyło nas pragnienie podarowania Rosjanom Jezusa, a z Nim radości, wolności i nadziei. Od Krzyśka mogliśmy się uczyć, jak to robić możliwie najlepiej w lokalnych warunkach. Modlimy się o to, żebyśmy mogli właściwie rozpoznać Boże zamysły co do obecności naszej wspólnoty w Rosji. Was również zachęcamy do modlitwy w tej sprawie.
W tle po lewej GUM  czyli Gławnyj Uniwiersalnyj Magazin, ukończony w 1893 r.. Dawniej hala targowa dla kupców, których usunięto z Placu Czerwonego. Po prawej - cerkiew Zbawiciela, rozebrana w latach trzydziestych przez władze radzieckie, a zrekonstruowana dzięki szczegółowej dokumentacji architektonicznej w latach dziewięćdziesiątych.
A na koniec bonus: fragment nagrania koncertu w Czerepowcu. Będzie to kolęda „Gore gwiazda Jezusowi” wraz z towarzyszącą jej zapowiedzią o. Krzysztofa i Iwony.
Na scenie zespół w składzie: Diletta i Dominika (śpiew), Chiara (bas), Robert (akordeon) i Mateusz (gitara, aranżacja, kierownictwo artystyczne i w ogóle Maestro). 🙂
Na widowni, prócz publiczności, dwóch panów z urzędu miejskiego, czuwających, aby, broń Boże, nie doszło do uprawiania propagandy religijnej.
Posłuchajcie.

Gore gwiazda Jezusowi – Czerepowiec 24.12.2013

%d bloggers like this: